Gimnazjum nr 1 im. Polskich Noblistów w Śremie
wersja do wydruku
 
20.05.2010, autor: Paweł Sosnowski, klasa 3 h (rok szkolny 2007/2008)
"Lot" - praca konkursowa

Praca konkursowa
Wojewódzki Turniej Białych Piór - III miejsce
Ogólnopolski Konkurs na Pracę z Literatury - wyróżnienie

Pamiętam, jak parę lat temu wybrałem się z przyjacielem mego ojca w niezwykłą podróż. Niezwykłą, gdyż mieliśmy latać samolotem nad Morzem Karaibskim. Byłem jednocześnie podniecony i zachwycony tą perspektywą- młody, pewny siebie i krnąbrny uważałem, że nie boję się niczego. Aż do tej wycieczki...

Jeśli chodzi o latanie, to faktycznie nie czułem przed nim strachu. Ani przed ogromną wysokością, ani też przed tym, że samolot w każdej chwili może się rozbić. Ujmowałem to  jako nieodłączne ryzyko latania starymi samolotami.

Wszystko zaczęło się od bazy marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych na Key West. Kiedy na lotnisku podszedłem do maszyny, którą mieliśmy polecieć, po plecach przeszły mi ciarki... Nie, jeszcze nie ze strachu, lecz z ogromnego podziwu dla tego topornie - z pozoru brzydko - wyglądającego kadłuba. Wielkie i grube skrzydła sprawiały wrażenie, jakby nie potrafiły podnieść się z ziemi nawet za pomocą dźwigu. Cały samolot był w dodatku pomalowany na oliwkowo- zielony kolor, co jeszcze bardziej nadawało mu wygląd ogromnej latającej jaszczurki-potwora. Jednak wiedziałem, że była to wspaniała i niezawodna maszyna - Boeing B-17 Fying Fortress - bombowiec strategiczny Amerykańskich Sił Powietrznych z czasów II wojny światowej. Odrestaurowany i gotowy do lotu!

Kiedy wgramoliłem się przez ciasne przejście na fotel drugiego pilota, poczułem się nagle częścią tego samolotu. Częścią jego długiej, pełnej zwycięstw historii. Czułem, jakby samolot przemawiał do mnie i chciał pokazać, ile przeszedł. Dawał do zrozumienia, że jestem członkiem jego załogi... być może ostatniej załogi. Nagle poczułem się taki malutki. Maszyna zaczęła mnie przytłaczać. I wtedy nabrałem do niej ogromnego szacunku. Takiego, jaki się ma przeważnie dla wyjątkowo ostrego i wymagającego nauczyciela w szkole. Ten brak pewności siebie nie trwał jednak długo. Piękna pogoda, pojedyncze, ogromne kłębiaste chmury, niezbyt mocno świecące słońce i bezwietrzna atmosfera na dole i w górze napełniały mnie ogromną radością. Jednak dopiero kiedy oderwaliśmy się od ziemi, wszystkie złe myśli uleciały mi z głowy i to z naddźwiękową wręcz prędkością.

Poczułem to, co zawsze czuję lecąc jakimkolwiek samolotem- poczułem wszechogarniające uniesienie, wolność... Jakby całe te mile sześcienne wolnej przestrzeni wokół mnie były tylko do mojej dyspozycji. Poczułem, jak moje ciało zrasta się z maszyną. Czułem ją każdą komórką mego ciała, jak gdyby wszystkie moje nerwy rozdzieliły się i podłączyły do odpowiednich części samolotu.

Lecąc podziwiałem widoki z dużej oszklonej kabiny samolotu. Wielka masa jasnobłękitnej, przejrzystej wody, od czasu do czasu małe, niezamieszkałe karaibskie wysepki pokryte białym piaskiem i tropikalnymi zagajnikami. Prawdziwy szok ogarnął mnie, kiedy wzbiliśmy się ponad  chmury. Ujrzałem wtedy słońce, zachodzące prawie idealnie na wysokości kłębiastych chmur. Obłoki pode mną miały ciemnopomarańczowy, prawie szkarłatny kolor. Jakby Słońce zapłakało na myśl o pożegnaniu z Ziemią. Był to jeden z najpiękniejszych widoków, jakie ujrzałem w swoim długim, pełnym podróży życiu. Lecieliśmy w ciszy podziwiając ten piękny obraz. Czasami natykaliśmy się na wyrwy w warstwie chmur, a wtedy obserwowaliśmy refleks promieni słonecznych odbijających się od powierzchni wody. Był to nie mniej cudowny widok.

Kiedy słońce zaszło już poniżej linii chmur, oprzytomnieliśmy nagle i uczucie nostalgii mięło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zeszliśmy niżej przebijając się przez chmury, ponieważ wyżej zaczynała już zapadać ciemność. Kiedy przedarliśmy się przez obłoki, wyrównaliśmy lot i wróciliśmy do obserwowania nieba wokół nas.

Po kilku godzinach lotu te moje nerwy w samolocie poczuły, że coś jest nie tak... Spojrzałem na wysokościomierz. Przerażony zauważyłem, że opadliśmy o ponad tysiąc metrów! Rozmarzony nie zauważyłem, że przejrzystobłękitne morze zbliża się coraz bardziej. Przyjaciel mego ojca też niczego nie zauważył. Od razu stwierdziłem też, że samolot nie ma już szans na utrzymanie się w powietrzu - nastąpiła awaria stateczników na ogonie samolotu.

Ten piękny, pełen wspomnień ptak przez moje gapiostwo miał już nigdy nie wzbić się w powietrze! Na samą myśl o tym dostawałem czegoś w rodzaju furii. Powiedziałem o awarii swojemu towarzyszowi i po chwili przygotowań opadaliśmy już na nowoczesnych spadochronach. Nagle zerwał się wiatr. Mimo iż próbowaliśmy kierować spadochronami, odległość miedzy mną a pierwszym pilotem wzrastała. Kiedy straciłem z oczu pierwszego pilota, spojrzałem w dół i zobaczyłem wodę, czarną teraz niczym otchłań piekieł i przesłaniająca cały widok. Lądowanie było dosyć twarde, w końcu skakałem z dość dużej wysokości. Nawet dokładnie nie wiedziałem jakiej, ale podczas wyskakiwania nie myślałem przecież o tym.

Kiedy wylądowałem w wodzie, poznałem strach. Ten najgłębszy i najokropniejszy strach w moim życiu. Nie przed rekinami, chociaż byłoby to uzasadnione odczucie. Nie. Poczułem nagle wszechogarniający strach przed samotnością. Połączone wolne masy wody i ogromna przestrzeń przytłoczyły mnie. To był dla mnie koszmar. Leżałem w tej czarnej otchłani, utrzymując się na wodzie tylko dzięki kamizelce ratunkowej i zastanawiałem się tylko, jak śmierć mnie dopadnie. Zginę z  wyczerpania i samotności, czy w paszczy rekina? Spędziłem tak w wodzie dwa dni. Te dwa dni były dla mnie wiecznością.

Miałem ogromne szczęście. Po tych 48 godzinach wyłowił mnie helikopter ratowniczy NUMA (Narodowej Agencji Badań Morskich i Podwodnych), na pokładzie którego spotkałem też przyjaciela.

Przeleżałem w łóżku dwa tygodnie chory na płuca, lecząc się przy okazji ze złego nastroju, jaki opanował mnie po tym wydarzeniu. Przez ten czas dużo myślałem. Nabrałem wtedy szacunku- takiego ciepłego, przyjaznego szacunku do...  do życia i tego, co się w nim robi. Dopiero parę lat później zrozumiałem, że wtedy nastąpił przełom w moim życiu... Wydoroślałem.